Nauka mowy z telewizorem. Czy to na pewno dobry pomysł?
Powszechna jest opinia, że najlepszym sposobem na wsparcie dziecięcej nauki mowy jest zdanie się na telewizję i inne media. Gdzie indziej spotkamy się bowiem z takim potokiem słów i to jeszcze – przy niektórych audycjach – z dużym naciskiem na poprawną dykcję. Nie wszystko jednak złoto, co się świeci…
Magia telewizji
Jak wszyscy wiemy – maluchy najefektywniej uczą się przez naśladownictwo. Równie ważne jest to, aby procesowi towarzyszyły interakcje z rodzicami, dziadkami czy rodzeństwem. Ograniczenie się do biernego słuchania i obserwowania jest silnym zredukowaniem dziecięcego potencjału rozwojowego.
Zbyt długie wpatrywanie się w migający obraz TV skutkuje również nadmiernym pobudzeniem, które utrudnia odbiór napływających słów. Zwróćmy uwagę, że wspomniane pobudzenie dotyczy jedynie prawej półkuli, tymczasem to jej lewy odpowiednik determinuje rozwój mowy. Aby „wyrównać stawkę”, powinniśmy bardzo mocno popracować nad stymulacją pominiętej części mózgu – mówić do smyka dużo i często.
Oczywiście wszystko jest dla ludzi, ale trzeba pamiętać o umiarze i zdrowym rozsądku.
Co na to radio?
Podobnie wygląda sytuacja z radiem. Z wiadomych przyczyn jego słuchanie również pozbawione jest interakcji. Plusami są natomiast brak migającego obrazu oraz możliwość wykorzystania płynącej z głośników muzyki w wielu zabawach, stawiających na ruch, kreatywność czy rytmikę. Piosenki – właściwie dobrane i eksponowane – mogą być także rozwojowym wsparciem.
Dajmy mu trochę czasu
W okresie 18-30 miesięcy dziecko zaszczyca nas bogatą w onomatopeje i neologizmy mową swoistą. Ogromnym błędem jest wtedy wzmożenie wysiłków rodziców na rzecz uzyskania szybkiej poprawności językowej ich pociech. Pojawia się więc więcej audycji oraz wymuszanie właściwego nazewnictwo. Wiemy już, że telewizja i radio nie przyniosą tu pozytywów. Nie inaczej jest z ciągłym „powtórz”, które grozi zablokowaniem malca. Zamiast tego poczekajmy… Nie chodzi tu bowiem o lenistwo, a o niegotowość słownika czynnego i aparatu artykulacyjnego.
Reasumując, najlepszym nauczycielem mowy nie jest telewizor, a inni ludzie. Osoby dające możliwość interakcji i stanowiące odpowiedni wzór. Rozmówcy i słuchacze, którzy odpuszczą stałe poprawianie i prośby o powtarzanie.